Jak czytamy w dzienniku “Skånska Dagbladet”, w zeszłym tygodniu szwedzki sąd uznał, że założone 18 lat temu wyznanie ma prawo do oficjalnej rejestracji. Orgazmici czczą jako swojego Boga… orgazm.
Kościół orgazmitów, czyli Orgasmens Madonnas kyrka, założył niejaki Carlos Rubens Bebeacua, artysta z Lövestad w południowej Szwecji. Wygrany właśnie proces otwiera mu drogę do oficjalnje rejestracji swej religii jako związku wyznaniowego. Dotychczas torpedował to Kammarkollegiet, regulator prawno-finansowo-administracyjny. Argumentując, że nazwa Kościół Madonny od Orgazmów urazi chrześcijan.
Od tej decyzji Bebecua odwołał się jednak do miejscowego sądu administracyjnego, który uznał jego racje. Nie wiadomo, czy Kammarkollegiet będzie od wyroku pierwszej instancji apelować. Jeśli nie zrobi tego w ciągu 3 tygodni, będzie musiał nowy kościół zarejestrować.
Carlos Bebeacua, samozwańczy kardynał, wpadł na pomysł stworzenia własnej religii po skandalu, jaki jego obraz zatytułowany “Madonna od Orgazmów” wywołał na Wystawie Światowej w Sewilli w roku 1992. Wybuchły zamieszki, inerweniowała policja.
Orgazm to Bóg, orgazmowi trzeba oddawać cześć boską. Orgazm to najwyższy stopień pożądania, i nie powinien ograniczać się do ejakulacji. Można go osiągnąć poprzez sztukę, albo podziwianie krajobrazu z okrzykiem “wow”.
A u nas można by na przykład podziwiać kolor, jaki na wieść o próbie rejestracji takiego kościoła w Polsce przybrałby Tomasz Terlikowski. Jak na razie, kościół ma kilkuset wyznawców, ale po rejestracji, jak wierzy kardynał, to się poprawi. Działa również po sąsiedzku, w Danii – ale przechodzi tam analogiczną gehennę urzędową.
Podstawą religii jest Katechizm Orgazmu, który napisał założyciel. Orgazmici wyświęcają tylko kapłanki, czyli tak zwane księżyce, które głoszą wyłącznie “ewangelię seksu”.
Nabożeństwa, wbrew nadziejom posiadaczy kosmatych myśli, nie sprowadzają się jednak do wyuzdanych orgii. Są, prawda, uduchowione. Kapłanki recytują poezje, konsumują owocki i piją soczek. Uprawianie seksu podczas nabożeństw nie jest obligatoryjne – jednak nikt go też nie zabrania.
Póki co, mówi kardynał, nikt się jeszcze nie seksił. Ale, zaznacza Bebeacua, orgazmizmu nie wolno sprowadzić do ciupciania. Orgazmizm postrzega orgazm jako pewną metaforę – życia i miłości.
W tym co głosimy nie ma nic złego, jesteśmy nieszkodliwi. Chodzi po prostu o to, że mamy pewne wątpliwości odnośnie tradycyjnych religii.
Kto ich nie ma. Ale żeby zaraz – orgazm? Ale z drugiej strony… ludzie wierzą już w tyle dziwacznych rzeczy, więc dlaczego nie w orgazm? Przynajmniej jest jaka-taka pewność, że ten bóg istnieje naprawdę.
Źródło: pardon.pl






