Bill Hicks: komik i wyzwoliciel (portret pamięciowy z Polską w tle)
Polska sytuuje się dziś tam, gdzie Ameryka była 20 lat temu. Politycy, media i wytwórnie płytowe znajdują się na ostatniej prostej przed ostatecznym otępieniem społeczeństwa, przeciętność i konformizm cieszą się stale rosnącym wzięciem, a religijni fanatycy prześladują każgego, kto ośmiela się myśleć inaczej. Tak jak Ameryka, Polska tonie w oparach absurdu i odmętach głupoty. I podobnie jak ona, potrzebuje lewatywy, jak to trafnie określił inny wzięty kontestator konsumpcyjnego stylu życia, Joker w filmie „Batman”. Potrzebuje głosu, który wybudzi ją z intelektualnego letargu. Słowem — Polska potrzebuje głosu Hicksa.
Od zera do wyzwoliciela
Bill Hicks, urodzony w roku 1961, zaczął występować jako komik w wieku 13 lat i prędko zyskał uznanie w świecie dorosłych. Nie tylko dlatego, że był śmieszny, ale ponieważ jako jeden z nielicznych odważył się przeciwstawić oczekiwaniom masowego odbiorcy, traktującego komików jako źródło lekkostrawnej rozrywki. Mówił: Nie jestem jebaną szafą grającą i zamiast trywialnych dowcipów o płatkach śniadaniowych i lotniskach (patrz: Jerry Seinfeld, Jay Leno), serwował zaangażowany, bezkompromisowy i dla wielu trudny do przełknięcia komentarz do otaczających go realiów. Obalał stereotypy, wyszydzał ideologie, demaskował wszechobecną hipokryzję; brał na tapetę wszystkie możliwe świętości i tabu i rozcierał je w pył, pokazując, że nie w nich tkwi sens.
Wielu chrześcijan nosi krzyże na szyi. Myślicie, że jak Jezus wróci, będzie chciał oglądać pierdolony krzyż? Może dlatego jeszcze nie przyszedł? „Co? Cały czas noszą krzyże? Niczego nie zrozumieli! Jak zaczną nosić ryby, może przyjdę.”
Obnażał absurdy kryjące się pod stwardniałą skorupą utartych przekonań, tradycji i konwenansów, pokazywał, że wszystko, co mamy w zwyczaju przyjmować za pewnik, na czym opieramy swoje systemy wartości i światopoglądy, jest w istocie konwencjonalne, relatywne i niejednokrotnie całkiem niedorzeczne. A przede wszystkim, że jest kwestią wyboru, a uświadomienie sobie tego to pierwszy krok ku wolności.
Hipokryci trzymają się mocno
Jak nietrudno wywnioskować, byli też tacy, którzy go nienawidzili — fundamentalni chrześcijanie, Republikanie i wszyscy inni, w których interesy godziła jego chęć czynienia świata lepszym poprzez wyczulanie jego obywateli na kit wciskany im przez polityków, dziennikarzy i speców od reklamy. Nie miał dla nich litości. O fundamentalistach mówił: Czy to nie dziwne, że większość ludzi wierzących w kreacjonizm sprawia wrażenie niedorozwiniętych? Zaś odchodzącego republikańskiego prezydenta George’a Busha (seniora) wspominał słowami: Nie tyle nie zgadzałem się z jego zapatrywaniami na gospodarkę czy jego polityką zagraniczną, co uważałem, że jest dzieckiem szatana zesłanym, by zniszczyć planetę Ziemię.
Wielu błędnie interpretowało jego złość i rozgoryczenie jako przejaw nienawiści do ludzi i świata. Tymczasem brały się one stąd, że nie mógł znieść faktu, że za sprawą polityków i kontrolowanych przez nich mediów marnuje się potencjał ludzkości, że poprzez promowanie przez nich przeciętności i bierności, poprzez propagowanie kłamstw i generalizacji amerykańskie społeczeństwo pozbawiane jest umiejętności samodzielnego myślenia na rzecz błogiej ignorancji, będącej wyżej wymienionym na rękę.
Źródło (& pełna wersja artykułu na): verte.art.pl
Komentarz własny: wolałbym, żeby powyższy tekst był rozpatrywany bardziej w odniesieniu do krzewienia samodzielności umysłowej, niźli liberalnego podejścia do zagadnienia narkotyków ;-)
10 Luty 2009 @ 8:12
Właśnie szukam źródeł coby pooglądać więcej tego pana, jest genialny (albo tak się zapowiada). Dzięki za znajdźkę.