Kulty cargo
Gdy w XVI wieku Hiszpanie wylądowali na wybrzeżu Meksyku i bez wysiłku podbili potężne państwo Azteków, pomogła im pewna okoliczność, na którą zapewne prawie nie liczyli: Indianie widzieli w nich bogów czy półbogów, wysłanników Quetzalcoatla, który niegdyś odleciał do swojej gwiezdnej ojczyzny. Konie, na których jeździli, zbroje błyszczące srebrem, nieznane rodzaje broni i ogromne „domy”, na których przybyli zza oceanu – wszystko to było dla tubylców tak obce i przytłaczające, że siłą rzeczy musieli dojść do wniosku, że są to istoty boskie, bogowie lub przynajmniej ich wysłannicy.
Mamy tu do czynienia z pewnym, wciąż powtarzającym się w dziejach zjawiskiem (także w naszych czasach!), polegającym na kontakcie kultury rozwiniętej ze stosunkowo nie rozwiniętą. To dziwne zachowanie jako pierwszy zauważył Krzysztof Kolumb. „Witali nas, jakbyśmy przybyli z nieba” – napisał w dzienniku pokładowym po zejściu na ląd na jednej z Wysp Bahama. Sir Francis Drake spotykał się z tym samym w latach 1577-1580, gdy dobijał do zachodnich wybrzeży dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. „Indianie podchodzili tylko w dużych gromadach, uzbrojeni w strzały i łuki. Nie byli jednak nastawieni wojowniczo, ich zachwyt budziły raczej liczne nowe i nieznane przedmioty i nie myśleli o walce, ale czcili nas jak istoty nieziemskie… Próbowaliśmy im wytłumaczyć, że nie jesteśmy bogami, ale zwykłymi śmiertelnikami, którzy muszą jeść i pić, aby przeżyć. Nie udało nam się wszakże odwieść ich od tych przesądów…”.
Kapitan James Cook został na Tahiti uznany za powracającego boga Rongo, który kiedyś opuścił wyspę na „statku z chmur”. Odkrywca Walter Raleigh spotkał się z w Wirginii triumfalnym przyjęciem. Cabral, portugalski zdobywca Brazylii, został przyjęty podobnie. Francuski kapitan Jean Ribault kazał w 1565 roku ustawić na Florydzie kolumnę z herbem państwa. Po niewielu latach kolumna ta stała się centralnym obiektem kultu tubylców. Ozdobili ją girlandami i składali pod nią ofiary.
Ale podobne wydarzenia mają miejsce także dziś. W latach dwudziestych naszego stulecia przyrodnik Frank Hurley stwierdził ze zdumieniem, że mieszkańcy Nowej Gwinei oddają cześć boską nie tylko jemu, ale także jego wodnopłatowi. Co wieczór na dziobie jego maszyny składali w ofierze świnię. Gdy inni biali w 1943 roku po raz pierwszy dostali się w góry Nowej Gwinei, zauważyli ze zdumieniem, że tamtejsi tubylcy mieli długie „anteny” z kijów bambusowych, „druty” z włókien roślinnych, „izolatory” z liści bambusa i „mikrofony” z drewna. Później okazało się, że ich zwiadowcy obserwowali amerykańskich żołnierzy z pewnej odległej bazy sił powietrznych i w ten sposób chcieli wywołać „niebiańskie ptaki”, aby im też przyniosły prezenty. Tubylcy urządzili prawdziwe widmowe lądowisko, na którym ich starszyzna z utęsknieniem czekała co wieczór na przybycie „białych bogów”.
Najbardziej kuriozalny przypadek takiego osobliwego zachowania wydarzył się na małej wyspie Tanna na południowym Pacyfiku. Do dziś otacza się tam czcią boga zwanego John Frum. Wyspiarze noszą tatuaże z literami USA i uważają Amerykę za ziemię obiecaną, skąd John Frum kiedyś powróci i obficie ich wynagrodzi.
Już wiadomo, że John Frum był zapewne amerykańskim żołnierzem, który prawdopodobnie przez krótki czas przebywał na wyspie w latach dwudziestych. Opowiadał wyspiarzom o swojej ojczyźnie, o zwyczajach i zdobyczach cywilizacji, co wieczór pokazywał im proste triki techniczne. Leczył najprostszymi metodami, ale dla tubylców graniczyło to z cudem. Potem wrócił do domu. Na wyspie zaś w kilka dziesięcioleci awansował na boga całej wyspiarskiej kultury. Jak relikwie przechowuje się kilka monet, dwa banknoty, hełm i fotografię Johna Fruma. Ówczesny wódz plemienia, któremu później John Frum ukazał się we śnie, jest obecnie czczony jako wielki prorok. W małym kościółku w głównej wsi obok obrazu Jezusa znajduje się też fotografia amerykańskich astronautów na Księżycu, którym oczywiście składa się kwiaty w ofierze. Przedstawiciele plemienia siedzą wciąż na plaży, czekając na powrót Johna Fruma, który pewnego dnia przybędzie z Ameryki przez morze i poprowadzi ich do raju.
Ulrich Dopatka i Erich von Däniken opisali szereg tak zwanych kultów cargo. Słowo cargo pochodzi z angielskiego i znaczy tyle, co towar. Określa się nim religijne formy zachowania ludzi prymitywnych, którzy przedmioty cywilizacji technicznej otaczają boskim kultem.
W 1926 roku miało miejsce w Nowej Gwinei symptomatyczne zdarzenie. Wiele lat później tak wspominał je jeden z tubylców: „Byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec zabrał mnie na polowanie i wtedy zobaczyliśmy pierwszego białego człowieka. Śmiertelnie się przestraszyłem i zacząłem płakać. Skąd się tu wziął? Z nieba czy z rzeki? Byliśmy zupełnie zdezorientowani”. Inny tubylec powiedział: „W naszej wsi rozniosła się wieść, że przyszły do nas błyskawice. Uważaliśmy tych białych za błyskawice z nieba. Niektórzy mówili, że to nasi przodkowie, którzy powrócili z krainy zmarłych”. Gdy trochę później w tej samej okolicy wylądował pierwszy samolot, zapanował zupełny chaos. Pewna stara kobieta opowiadała, jak podczas lądowania „wielkiego ptaka” wszyscy rzucili się na ziemię i ukryli twarze. Następnie uciekli i pochowali się. Niektórzy obejmowali się, krzycząc ze strachu. „Wpadliśmy w panikę, bo nie wiedzieliśmy, co się dzieje”.
Z czasem tubylcy przestali się tak bać, ale mieli dziwny szacunek do białych i ich urządzeń technicznych. Badaczom niepostrzeżenie udało się przemycić do tubylczych chat magnetofony i nagrać rozmowy. W ten sposób dowiedziano się, że wyspiarze oddawali wielką cześć „potężnemu ptakowi”, który przyniósł im liczne prezenty.
Urządzeniom technicznym nadaje się w takim przypadku nazwy przejęte z własnego prymitywnego języka. Są to porównania do rzeczy znanych. Pierwszy samolot, który wylądował na Papui, został nazwany „diabłem, który zleciał na dół”. Parowóz stał się dla Indian „ognistym rumakiem”, a druty telegrafu „śpiewającymi drutami”. Do dziś Apacze określają części samochodowe pojęciami z anatomii człowieka: „oczy” to reflektory, „jelita” to silnik i tak dalej. Obcy przybysze szybko zostają bogami: mieszkańcy Wysp Banksa wzięli białych za „boga Quata i jego braci, którzy wyszli z łodzi”, a na Nowej Gwinei biali stali się bogiem Manseren Koreri itd.
Podobne przykłady moglibyśmy w zasadzie mnożyć bez końca. Pokazują one typowe zachowania człowieka, spotykającego się z całkowicie dominującą, niezrozumiałą kulturą i technologią. Najtrafniej scharakteryzował je Arthur C. Clarke: „Każda wysoko rozwinięta technologia niczym nie różni się od magii”. Wszystkie zdobycze naszych czasów byłyby dla ludzi z minionych stuleci „cudami”, sprawami „nadprzyrodzonymi” i magią. Najzwyklejsza żarówka, najprostsza lodówka, radio i telewizor, nie mówiąc o fotokomórce otwierającej drzwi, o różnych pojazdach, samolotach itd. – wszystko to musiałoby sprawiać magiczne, całkowicie niepojęte i niewyobrażalne wrażenie, szczególnie wtedy, gdy kontakt trwał stosunkowo krótko, a ludzie ci nie mieli możliwości żadnego zrozumienia tego, co zobaczyli.
Źródło (oraz reszta artykułu): astro.pl
Powyższy tekst w świetny sposób obrazuje jedną z możliwych linii powstania (oraz ewolucji) kultu wierzeń o podłożu religijnym. Z takiej wiedzy najwięcej chyba są w stanie skorzystać antropolodzy, bowiem przypadek kultów cargo jest bardzo interesujący z punktu widzenia badacza (a przynajmniej, tak pamiętam z zajęć ;)
Sam tekst jest tym ciekawszy, gdyż w dobry sposób obrazuje mentalność pierwotnych ludów (która jest bardzo zbliżona do mentalności ludzi sprzed tysięcy lat ”w ogóle” , kiedy to większe religie dopiero zaczynały się kształtować – pewne wnioski aż proszą się o nasunięcie ;)
Zainteresowanym zgłębieniem tematu, polecam zapoznanie się z trzema krótkimi filmikami, znajdującymi się poniżej:
Wybrany cytat z powyższego filmu:
David Attenborough said to one cult devotee, called Sam:
„But, Sam, it is nineteen years since John say that the cargo will come. He promise and he promise, but still the cargo does not come. Isn’t nineteen years a long time to wait?”
Sam lifted his eyes from the ground and looked at me. „If you can wait two thousand years for Jesus Christ to come and he no come, then I can wait more than nineteen years for John.”
A na zakończenie – definicja memu, której grzechem byłoby tutaj nie przytoczyć ;)
12 Lipiec 2009 @ 0:21
John frum where? ;P
Btw. Astro.pl? Rozumiem intencje, ale mimo wszystko cytowanie za tego typu serwisem nie jest dobrym pomysłem…
12 Lipiec 2009 @ 11:38
Zastanawiałem się, czy ktoś to zauważy ;)
Zwróć uwagę na to, że tekst, dla potrzeb wpisu, został w odpowiedni sposób okrojony. Jako ciekawostkę, polecam pobieżne przejrzenie tekstu z oryginalnego źródła. Kiedy już zorientujesz się co tamten chciał czytelnikom przekazać – uśmiechniesz się ;)
5 Listopad 2009 @ 12:28
Ha, tak myslalam- przeslanie oryginalnego tekstu jest scisle zwiazane ze spotkaniami trzeciego stopnia :) no coz, antropologia tez mozna manipulowac, jak widac.
A tekst ( okrojony z ‘teorii’ o UFO i takich tam) ciekawy bardzo.