Uwielbiam islam. Kocham muzułmanów. Co więcej, uważam, że przed współczesnością nie ma ważniejszego wyzwania niźli zasypanie opisanej przez Huntingtona przepaści między cywilizacjami.
Jestem więc do szpiku kości koncyliacyjny, ekumeniczny i poprawny politycznie. Ale wszystko ma swoje granice. Jakie to granice? To granice hard core’u. Ostatnio uroczo przekroczył je uczony egipski Hazem Abu Ismail, który ogłosił całemu muzułmańskiemu światu, że po latach studiów rozszyfrował, co kryje się za słowem PEPSI. Oto wedle nauk Abu Ismaila to nic innego, tylko skrót zaszyfrowanego hasła: „pay every penny saving Israel”, czyli „płać każdy grosz, by ratować Izrael”.
Odkrycie Hazema Abu Ismaila zostało przez świat muzułmański przyjęte z uznaniem (wszak uczony!). Trafiło do annałów obok innych odkryć, jak choćby rewelacje egipskiego duchownego Safwata Higaziego, że logo Starbucks Coffee to zakamuflowana postać żydowskiej królowej Estery, a napis Coca-Cola czytany z użyciem lusterka oznacza po arabsku: „Nie – Mahometowi, Nie – Mekce”. Śmieszne?
Straszne! Gdyby takie historie publikowane były w lokalnych pismach satyrycznych bądź głoszone z właściwym dystansem przez satyryków, można by wzruszyć ramionami. Jednak przynajmniej przez część świata islamu przyjmowane są nie tylko z pełną powagą, lecz także stanowią dowód na to, że cała cywilizacja Zachodu to nic innego, tylko jeden wielki spisek wymierzony w ten świat!
Jakbyśmy mniej więcej od czasu krucjat w każdym działaniu, pomyśle, wynalazku czy przedsięwzięciu za główny cel mieli – dokuczyć naszym braciom. Wierzy w to kairska ulica, wierzą syryjscy pasterze, wierzą na koniec rodzący się z kałaszem w ręku Pasztuni.
I znowu gdyby to była tylko legenda poruszająca powolną wyobraźnię ludzi prostych, byłaby to połowa problemu. Niestety, ów cień absurdu jest użytecznym instrumentem w rękach polityków. Operowanie takimi schematami, żerowanie na nich jest metodą polityczną muzułmańskich populistów, takich jak przywódcy Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, liderzy Hamasu czy Irańczyk Ahmadineżad.
Ich konserwatywny populizm żywi się takimi legendami. Wiedzą doskonale, że budowanie poczucia zagrożenia jest jedną z najdoskonalszych metod zawiadywania masami. Dlatego wciąż stoi i stać będzie za nimi ulica Kairu, Gazy czy Teheranu. Dlatego tak trudno przebić się z komunikatem politycznym ich odrobinę bardziej wyrafinowanym konkurentom. Pamiętajmy o tym, patrząc na płonące ulice Teheranu. Ahmadineżad w istocie mógł wygrać irańskie wybory. Musawi mógł je przegrać. Trzeba jednak wierzyć, że tylko na razie.
Bowiem zasypywanie owej wyrwy cywilizacyjnej z tym pierwszym nie wydaje się możliwe. Z drugim będzie – chcę wierzyć – łatwiejsze. A PEPSI to PEPSI po prostu!
Źródło: newsweek.pl








ALe co tu się dziwić, jak u nas ludzie z wykształcenie plotą analogiczne androny…
Święta [hihihi] prawda, drogi Filodendryto.
http://boskiateista.wordpress.com/2009/08/22/ta-droga-krzyzowa-to-dzielo-szatana/
Jestem za ustawą, by zmienić w Polsce napis na puszkach i butelkach z PEPSI na PKGBRI! :>
Niestety wielce szanowny autor tej notatki niezwykle płytko i nierzetelnie potraktował temat.
Rozwinięcie skrótu PEPSI, lustrzane odbicie Coca-Coli i Starbucks-Estera w świecie muzułmańskim są niczym innym jak po prostu żartami z amerykańskich koncernów. Trzeba być chyba pozbawionym zdrowego rozsądku, by tego nie widzieć. Być może jacyś duchowni użyli ich w swojej nauce, jednak sceptyczny byłbym co do pokładania w nich bezgranicznej wiary przez masy. Inna kwestią jest fakt, że w żartach tych zawarte jest drugie dno – wspierając amerykańskie korporacje wspierasz USA – kraj, który rokrocznie wydaje spore sumy na cele militarne Izraela oraz wetuje niemal każdą rezolucję ONZ nakładającą sankcje na ten kraj (a jest za co nakładać -> google it).
Nie wiem czy Pan Chrabota cyniczne chce komuś te bzdury wcisnąć jako oficjalną wersję prawdy czy po prostu jego ignorancja sięga takich pułapów (w tym wypadku jednak – „Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenie nie zabierają głosu”).
„Wierzy w to kairska ulica, wierzą syryjscy pasterze, wierzą na koniec rodzący się z kałaszem w ręku Pasztuni.”
Zaangażowanie płynące z tego zdania wręcz sugeruje, że i kairską ulicę, i syryjskich pasterzy widział autor osobiście, a przed gniewem żądnych krwi Pasztunów musiał się wręcz salwować ucieczką jako przedstawiciel zgniłęgo Zachodu.
Ehhh… czego to dziennikarzyna nie wypoci, żeby nabić kabzę. A podobno to zawód zaufania publicznego.
A ja słyszałem, że podobno Świadkowie Jehowy utrzymują się ze sprzedaży PEPSI.