Zawsze uważałem, że nie istnieje wyłącznie jeden powód wyjaśniający dlaczego idea Boga była/jest tak powszechnie przez ludzi akceptowana oraz tak dobrze potrafi zakorzenić się ludzkich głowach. Ów mem występuje w różnych kulturach i chociaż w tak wielu odmianach, jego kulturowe podtrzymywanie nadal się “opłaca”.
W tym wielkim worku religijnych idei (trzeba bowiem pamiętać, że idea Boga nigdy nie występuje w oderwaniu od innych założeń) każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Nie dość, że mem ten ze względu na swoją elastyczność może zostać dostosowany do lokalnych potrzeb, to zazwyczaj “opłaca się” wierzyć w Boga z kilku różnych powodów jednocześnie.
(Nadmienię tylko, że cena jaką trzeba zapłacić za korzyści płynące z tego stanu rzeczy z punktu widzenia ateisty jest spora: wypaczony obraz rzeczywistości, niekonsekwencja w postrzeganiu świata, zwiększona podatność na szeroki zakres manipulacji, itp.)
Kwestię ową można rozpatrywać na kilku różnych poziomach.
Dla jednych Bóg może być najlepszym przyjacielem, innym myśl o nim może dodawać otuchy w przypadku ciężkiej choroby bądź utraty bliskiego, dla jeszcze innych przekonanie o jego istnieniu jest obietnicą na (nierzadko lepsze) życie po śmierci. We wszystkich wymienionych przypadkach myśl o Bogu jest, jakby to ująć… po prostu antydepresyjna.
Ludom pierwotnym idea Boga może (piszę w czasie teraźniejszym, by podkreślić że tacy ludzie jeszcze istnieją) w prosty i nieskomplikowany sposób “wytłumaczyć” zjawiska, których oni sami z powodu zbyt słabego rozwoju technologicznego nie są w stanie pojąć. Swoją drogą, sytuacja taka ma miejsce również w XXI wieku, np. w odniesieniu do teorii tłumaczących powstanie świata (których nauka nie tyle nie jest w stanie wytłumaczyć, co przeciętny człowiek zrozumieć). Reasumując, idea ta daje pozorny spokój ducha oraz błogie przekonanie o tym, że coś jednak wiemy.
Dla sterujących masami (polityków, papieżów, populistów, itp.) Bóg jest autorytetem, na który mogą się powoływać aby uciąć wszelkie niewygodne pytania.
Podobna technika jest często prezentowana na szkoleniach z zakresu teorii negocjacji – wyżej stojący w hierarchii wysyła do rozmów kogoś o niższym statusie, kto w razie potrzeby może się na niego powołać. W odpowiedzi na kłopotliwe pytanie, taki wysłannik może odrzec coś w stylu “to nie zależy ode mnie, niestety nie mam wpływu na tę decyzję, a tutaj trzeba już coś ustalić, rozumie Pan…”. Jest to genialny zabieg, ponieważ pozwala swobodnie kontynuować dyskusję, zrzucając odpowiedzialność z barków negocjatora w oczach rozmówcy. Co więcej, wyznaczony zostaje pewien zakres tematów (tabu), których lepiej nie poruszać.
Takich przykładów można podać, oczywiście, znacznie więcej.
Mi udało się dotrzeć do ciekawego wywiadu z prezentowanym już kiedyś na łamach niniejszego bloga komikiem – Rickem Gervaisem. Pan Gervais jest zdania (i ja się z nim w 100% zgadzam!), że Boga można postrzegać również w kategorii pomocy wychowawczej, niańki do dziecka, której w dodatku nie trzeba płacić.
Jeżeli już od małego wpoimy dziecku, że jest taki Pan, który cały czas na nas patrzy i pilnuje czy aby nie grzeszymy (definicja grzechów zależna od religii, lub rodzicielskich potrzeb), to z oczywistych względów dziecko będzie starało się grzecznie zachowywać. Ja na przykład, dziecięciem jeszcze będąc, bardzo często zastanawiałem się dlaczego moi znajomi ministranci są tak bardzo “ugrzecznieni” ;)
Genialne, nieprawdaż? ;)
Na zakończenie wywodu, krótki cytat:
Sumienie to jest ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. — Julian Tuwim
I niektórym faktycznie się wydaje, że ktoś na nich patrzy. Przez cały czas. I chociaż takim osobom może również wydawać się, że sumienie mają czyste, to jest to bardzo często zależne wyłącznie od zestawu religijnych reguł które sobie wybiorą, a nie od ich zdrowego rozsądku. Czy jakoś tak ;)








Wszystko ładnie, tylko ten “owy mem”…
http://www.sjp.pl/co/%F3w
Dziękuję, już poprawiłem :)
co do tytułu wliczając tacowe kolędy itd… to nie tak za darmo :D
czyli nie płacimy bezpośrednio opiekunce, tylko jej agencji