To wiara, a nie jej brak jest naturalną właściwością ludzkiego umysłu – twierdzą naukowcy. Dlatego więcej wśród nas wierzących niż ateistów.
Profesor teologii i biskup Kościoła anglikańskiego Stephen Sykes ma 70 lat i większość życia spędził na głoszeniu prawd wiary. Spotykał ludzi chłonących religijne przekazy i opornych, którzy ich nie czuli i nie potrafili przyswoić. Duchowny z czasem przestał się temu dziwić. „Niektórzy mają talent do religii, a inni nie” – ujął krótko w jednym z wywiadów.
Słowa biskupa Sykesa idealnie pasują do nowych wyników badań neuroteologów, czyli naukowców, którzy od lat 90. próbują zgłębić, co dzieje się w ludzkiej głowie podczas przeżyć religijnych. To, co biskup nazywa talentem, oni ujmują we wzór pobudzenia, jakie wywołują w mózgu treści religijne. To pobudzenie może być słabsze albo silniejsze. Dlatego niektórzy są gorliwymi wyznawcami, zaś inni wolą trzymać się z daleka od kościołów albo deklarują, że nie wierzą w żadne istoty wyższe.
U wierzących mózg pracuje inaczej niż u ludzi niewierzących, twierdzi jeden z najbardziej znanych w świecie neuroteologów, Andrew Newberg z University of Pennsylvania. Naukowiec przeprowadził serię badań, podczas których na monitorze rezonansu magnetycznego podglądał, co się dzieje w głowach wyznawców różnych religii. Obraz ich mózgu porównał potem z badaniem, któremu zgodziła się poddać Margaret Downey, przewodnicząca międzynarodowego stowarzyszenia organizacji ateistycznych. Jak przebiegało to doświadczenie?
Pierwszymi gośćmi w laboratorium Newberga byli mnisi buddyjscy. Kiedy zaczęli oddawać się medytacji, na monitorze rezonansu widać było coraz większą aktywność płata czołowego. Obszar ten pomaga skoncentrować się na tym, co robimy. Jego rozświetlenie na obrazie rezonansu świadczyło o rosnącym skupieniu medytujących mnichów. Potem wyciszał się płat ciemieniowy, odpowiadający za orientację w czasie i przestrzeni, a także za poczucie własnego „ja”. Jednoczesne wyłączenie tych trzech funkcji tłumaczy poczucie zjednoczenia z wszechświatem, jakiego doznają buddyści w nirwanie (taki stan następuje po odcięciu wrażeń zmysłowych – jak mnichom udaje się ograniczyć ich dopływ, nadal pozostaje tajemnicą).
Podobnie pracował mózg pogrążonych w modlitwie franciszkanów. Z badań prowadzonych kilka lat wcześniej wynikało, że u ludzi mających wizje religijne dodatkowo aktywuje się płat skroniowy. Nazwano go nawet modułem Boga. Jednak obraz mózgu modlących się zakonników świadczył raczej o nadzwyczajnym spokoju i skupieniu niż o religijnej ekstazie.
Religijne uniesienie przeżywała natomiast badana przez prof. Newberga Donna Morgan z Kościoła zielonoświątkowego. To odłam chrześcijaństwa, w którym tzw. mówienie językami uznaje się za dar Ducha Świętego. Tę właśnie zdolność miała Donna. W czasie badań obrazowych kobieta śpiewała pieśni religijne po angielsku, a potem zaczynała mówić czy raczej śpiewać językami. – Słowa pieśni brzmiały jak zlepek bliżej nieokreślonych języków – opowiada Newsberg. Co pokazywał wtedy rezonans? Obraz płata czołowego, który mocno rozświetlał się u buddystów i franciszkanów, u pani Morgan pozostawał całkowicie zaciemniony. Mówienie językami nie wprowadzało więc Donny w stan skupienia podobny do tego, jaki mnisi osiągali przy medytacji i modlitwie. Ona jednak twierdziła: „Sam Duch Święty przemawia przez moje usta”.
Do ostatniej tury badań prof. Newberg zaprosił Margaret Downey. Nie była ona religijną ignorantką – przeczytała Biblię od deski do deski, poświęciła wiele godzin na religijne rozważania, by ostatecznie dojść do wniosku, że Boga nie ma. Kiedy z pasją mówiła o swoich przekonaniach, naukowcy podglądali pracę jej mózgu na monitorze rezonansu. Płat czołowy nie był tak rozświetlony jak u medytujących mnichów, ale też nie taki ciemny jak u mówiącej językami Morgan. Obraz pobudzenia, jakie zarejestrował rezonans u Margaret, nie zdradzał nadzwyczajnych przeżyć. Badanie wskazywało na to, że mózg ateistki jest mniej wrażliwy na treści religijne.
A może nawet całkiem na nie nieczuły? Takiego wniosku raczej wyciągać nie należy, bo – jak przypuszcza prof. Newberg – nie ma ludzi całkowicie niezdolnych do duchowych przeżyć. Nawet zdeklarowani ateiści są podatni na nadprzyrodzone myślenie, twierdzi Jesse Bering, psycholog z Queen’s University w Belfaście. Prowadził on wielogodzinne rozmowy z niewierzącymi. Z tych wywiadów wynikało, że – mimo braku wiary w Boga – odczuwają czasem obecność siły wyższej. W dramatycznych okolicznościach, gdy dzieje się coś złego lub zaskakującego, po cichu uznają, że te wydarzenia są spowodowane wpływem jakiegoś wyższego bytu. Oficjalnie nigdy się jednak do tego nie przyznają – podkreśla Bering.
Jego spostrzeżenia zdają się potwierdzać badania, w czasie których sprawdzano reakcje ateistów podczas ceremonii religijnych. Można by się spodziewać, że pozostają oni całkowicie obojętni na święte obrządki. A jednak tak nie jest. Dźwięk bębnów, rytualny taniec czy śpiewy intensywnie stymulują zmysły i pobudzają mózg. Aby wyhamować to nadmierne pobudzenie, hipokamp zaczyna ograniczać przepływ sygnałów pomiędzy neuronami – pracuje jak policjant z drogówki, który nie wpuszcza dodatkowych samochodów na zakorkowaną autostradę. W rezultacie niektóre obszary mózgu – m.in. płat ciemieniowy, którego aktywność wycisza się w czasie modlitwy i medytacji – zostają częściowo odcięte od dopływu bodźców. Niewierzący może wówczas poczuć coś przypominającego religijne uniesienie.
Pielęgnowanie przekonania o braku sił wyższych wymaga od mózgu wysiłku i prawdopodobnie dlatego ateizm jest mniej powszechny wśród ludzi. To wiara bowiem, a nie jej brak, jest naturalną właściwością ludzkiego umysłu – twierdzą naukowcy. Przekonanie o istnieniu istot wyższych i niematerialnego pierwiastka człowieka nie jest nabyte, ale głęboko zakorzenione w mózgu. Wskazują na to nie tylko badania neurobiologiczne, lecz także obserwacje dzieci prowadzone przez psychologów.
Sądzimy, że dzieci zaczynają wierzyć w Boga, bo rodzice opowiadają im, jak powstał świat i pierwsi ludzie. Co by jednak było, gdyby dorośli nie wypowiadali nawet słowa „bóg” przy dzieciach? Maluchy i tak by go wymyśliły – twierdzi Olivera Petrovich, psycholog z uniwersytetu oksfordzkiego. Jej zdaniem, dzieci mają naturalną tendencję, by spontanicznie tworzyć wizje istot nadprzyrodzonych na podstawie swoich codziennych doświadczeń.
Petrovich prowadziła badania wśród brytyjskich i japońskich niespełna czteroletnich dzieci. Pokazywała im obrazki przedstawiające twory natury, zwierzęta oraz rzeczy. Skąd one się wzięły na Ziemi? – pytała maluchy, podpowiadając im, że są trzy możliwe odpowiedzi: stworzył je Bóg, nie wiadomo, skąd pochodzą, i zrobił je człowiek. Czterolatki wiedziały, co wyszło spod ludzkiej ręki. W pozostałych wypadkach mówiły: to stworzył Bóg.
W ustach japońskich dzieci brzmiało to zaskakująco, twierdzi Petrovich. W religii shinto bogom nie przypisuje się bowiem dzieła stworzenia. Dzieci nie mogły słyszeć od rodziców o bogu, który wykreował świat – same go wymyśliły.
Paul Bloom, psycholog z Yale Univer-sity, wyjaśnia dokładniej, jak niedojrzały nawet mózg może kreować myślenie religijne. Umysł ma dwa oddzielne systemy, z których jeden służy do poznawania istot żywych, a drugi – obiektów nieożywionych. Takie rozdzielenie następuje bardzo wcześnie – już pięciomiesięczne niemowlaki potrafią odróżniać rzeczy od ludzi. Kiedy widzą na przykład poruszające się pudełko, zdradzają zdziwienie. Ale kiedy porusza się człowiek, nie okazują go. Według Blooma te dwa systemy są w pełni autonomiczne. Oznacza to, że człowiek odbiera świat na dwa sposoby i dlatego rodzi się w nim intuicyjne przekonanie, że umysł i materia, ciało i dusza to dwa odmienne byty.
Dualizm w dziecinnym rozumowaniu jest sprawą prostą – człowiek śpi w łóżku, a jednocześnie wędruje w odległe krainy. Ślady takiego naturalnego myślenia widać było u przedszkolaków, które badał Jesse Bering z Queenʼs University Belfast. Psycholog pokazywał im przedstawienie, w którym aligator zjadł mysz. Potem Bering zadawał pytania sprawdzające, czy dzieci wierzą w istnienie pożartej myszy. Czy mysz musi jeść i pić? Czy może zachorować? Dzieci twierdziły, że nie. Jednak na pytanie bardziej duchowe, czy mysz o czymś myśli albo czy coś wie, przedszkolaki odpowiedziały twierdząco. Myszy nie było widać, ale – według maluchów – ona istniała. Podobnie dzieci mogą kreować postacie osób, których nie ma obok nich. Połowa czterolatków wymyśla sobie nieistniejących przyjaciół. W podobny sposób tworzą obraz wyższego bytu – nieobecnego, ale obdarzonego ludzkimi cechami.
Taki dziecinny obraz Boga pozostaje w naszych głowach na zawsze. Większość z nas antropologizuje Stwórcę, twierdzi Wendy Cadge, socjolog z Centrum Studiów nad Religią na Princeton University. Przeanalizowała ona prawie 700 różnych wpisów do księgi modlitw, wyłożonej w holu szpitala uniwersyteckiego Johnsa Hopkinsa. Ludzie prosili w modlitwach o siłę, wsparcie i błogosławieństwo, a także dziękowali Bogu za okazane im łaski. – Prawie wszyscy pisali do Boga jak do krewnego czy przyjaciela – mówi dr Cadge. Między wierszami dało się wyczuć, że traktują go jak istotę słuchającą, a czasem nawet odpowiadającą na modlitwy.
Rozmawiamy z Bogiem tak po ludzku, bo kiedy o nim myślimy, w mózgu włączają się te same rejony, które normalnie są zaangażowane w powstawanie uczucia empatii i rozpoznawanie emocji innych ludzi. Pokazało do najnowsze, opublikowane w marcowym „Proceedings of the National Academy of Sciences” badanie prof. Jordana Grafmana z amerykańskiego National Institute of Neurological Disorders and Stroke. Jego eksperyment z udziałem chrześcijan, żydów i muzułmanów był inny niż wszystkie wcześniejsze. Dotąd naukowcy badali aktywność mózgu podczas głębokich przeżyć religijnych. Prof. Grafman zaprosił do laboratorium wyznawców różnych wiar po to, by sprawdzić, jak mózg reaguje na kluczowe w ich religiach stwierdzenia (badani mogli je zaakceptować albo zanegować).
Kiedy naukowcy odczytali im pierwsze z tych sformułowań: Bóg nie ingeruje w sprawy ludzkie, mózg uczestników zareagował tak, jakby chciał zgłębić intencję innego człowieka – na monitorze rezonansu zaświeciła odpowiedzialna za odczytywanie cudzych zamiarów część płatu czołowego. Potem badani usłyszeli: Bóg jest gniewny. Tym razem zareagowały zakręty czołowy i skroniowy, przydatne przy odczytywaniu emocji innych ludzi. Ostatnie stwierdzenie dotyczyło praw wiary (Jezus jest synem Bożym, Bóg nakazał czcić szabat). W tym wypadku rezonans zarejestrował wzmożoną aktywność części zakrętu skroniowego, która bierze udział w abstrakcyjnym rozumowaniu.
Elementy tworzące ramy religijnego myślenia aktywują najmłodsze ewolucyjnie części mózgu – zwraca uwagę prof. Grafman. Co to może oznaczać? Że nasze predyspozycje do wiary nie są przypadkowe, lecz ukształtowane przez ewolucję. W jej toku ludzki mózg rozwijał równolegle zdolność myślenia racjonalnego i magicznego, opartego na wierze w siły wyższe. Taki podwójny sposób odbioru świata był korzystny dla człowieka – przekonanie o istnieniu istot nadprzyrodzonych dawało naszym praprzodkom poczucie, że stanowią część świata, i zmniejszało lęk związany z walką o przetrwanie. „Jestem pewien, że wiara stanowiła źródło przewagi selekcyjnej” – napisał prof. Randolph M. Nesse, dyrektor Programu Badań nad Ewolucją na University of Michigan w książce „W co wierzymy, choć nie potrafimy tego dowieść”.
Współczesny człowiek też czerpie korzyści z wiary. Pokazuje to choćby tegoroczne badanie prof. Michaela Inzlichta z uniwersytetu w Toronto, opisywane w marcu w „Psychological Science”. Prof. Inzlicht poprosił osoby religijne i niewierzące, by wykonywały test dobrze znany w psychologii. Sprowadza się on do odczytywania słów oznaczających nazwy kolorów, ale pisanych tuszem o innej barwie, np. niebieski – żółtym, czerwony – zielonym. Zadaniem badanych jest jak najszybciej wskazać kolor, którego nazwa jest zapisana. Niby to proste, ale mózg dostaje sprzeczny przekaz, dlatego ludzie mają opóźnioną reakcję i często się mylą. Prof. Inzlicht śledził, jak sprawnie uczestnicy badania wykonują test, ile razy się pomylili, a dodatkowo rejestrował za pomocą rezonansu aktywność ich mózgów. Okazało się, że osoby religijne miały o wiele lepsze wyniki niż niewierzący.
Najciekawsze jest jednak to, co profesor zaobserwował na monitorze rezonansu. Specyficzny obszar mózgu zwany przednim zakrętem obręczy u wierzących świecił słabiej niż u niewierzących. Struktura ta zwiększa uwagę w sytuacjach stresowych. – Podczas doświadczenia działała jak alarm, który włączał się, kiedy badani popełniali błąd – tłumaczy prof. Inzlicht. U osób wierzących ten alarm działał ciszej, co oznacza, że byli oni bardziej opanowani i reagowali na swoje błędy mniejszym stresem niż pozostali. Z tego sprawdzianu prof. Inzlicht wyciąga też bardziej ogólny wniosek: ludzie praktykujący albo po prostu wierzący w siłę wyższą odczuwają mniejszy lęk i są mniej zagubieni w trudnych dla nich sytuacjach.
Osoby religijne powiedzą: Bóg podaje człowiekowi pomocną dłoń. Naukowcy ujmują to nieco inaczej: wiara pomaga w życiu. – Ci, którzy od czasu do czasu przyjmują coś na wiarę, radzą sobie w życiu lepiej niż osoby, które domagają się dowodów, zanim w cokolwiek uwierzą i podejmą jakieś działania – tłumaczy prof. Nesse, ale nie wspomina przy tym o Bogu czy jakiejkolwiek sile wyższej. I takie postawienie problemu jest bliskie nawet tym, którzy uważają się za niewierzących. Takim jak duński popularyzator nauki Tor Nørretranders, który w książce „W co wierzymy” złożył zaskakujące wyznanie: „Mimo że jestem ateistą, wierzę w wiarę. Istotne jej znaczenie wykracza bowiem daleko poza granice religii”.
Źródło: newsweek.pl








hm w takim razie jak sie dziecka doczekam to nieusłyszy słowa bóg i wytlumacze mu czym jest ewolucja , kreacjonizm , ufo etc i ciekawe co sobie wybierze ^.^
Hm, tak jakby wszystko w temacie w jednym miejscu. Przydałby się podobny artykuł w jakimś „Świecie Nauki” czy innym „Wiedza i Życie”.
O ile się nie mylę, to podobny news był w „WiŻ” jakieś pół roku temu. Ale tylko w „Sygnałach”, bez rozwijania tematu.
Pozostają samodzielne poszukiwania „po nazwiskach” ;-).
Z tym „opanowaniem” i „spokojem ducha” to raczej przesadzili. Mam setki wierzących znajomych którzy, właśnie wbrew temu co tutaj pisze, są bardziej podatni na emocje/histerie niż moi niewierzący znajomi. Wg. mnie opanowanie nie ma zadnego związku z wiarą i jest tylko indywidualną sprawą każdej jednostki.
A tak btw. (mozecie z tego zrobic nowy wpis):
http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,7407516,Ksiadz_odmowil_pochowku__bo_nie_chodzila_do_kosciola.html
Naturalnym stanem ludzkiego umysłu jest niewiedza, ignorancja i głupota. Osiągnięcie wiedzy, doświadczenia, mądrości, wykształcenie inteligencji wymaga czasu, wysiłku i dyscypliny, nic dziwnego, że więcej jest głupich i naiwnych.
Żeby umrzeć z przepicia też potrzeba czasu, wysiłku i dyscypliny (w piciu) :). Żeby zostać świętym też potrzeba czasu, wysiłku i dyscypliny.
Coś dziurawo :).
Mam łamigłówkę, abstrahuję od naszych wyznań, nie mam też na celu nikogo przekonywać bo od tego nie są takie dyskusje.
W nauce dochodzi się do wniosku, że wszystko jest zdeterminowane, zresztą pomaga to we wnioskowaniu (na razie pomińmy złamaną nierówność Bella, na razie znajomy fizyk kwantowy nie dość jasno mi odpowiedział więc mogę też założyć pełen determinizm we Wszechświecie).
Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, czy nie?
Jeżeli powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, to jakim prawem, za jaką przyczyną?
Czy prawa fizyczne istnieją obiektywnie?
Jeżeli nie, to co sprawia, że cokolwiek podlega prawom fizycznym?
Jeżeli tak, to w jaki sposób istnieją?
Jeżeli tak, to czy powstały razem ze Wszechświatem?
Jeżeli tak, to jakim prawem powstał Wszechświat?
Jeżeli nie, to skąd się wzięły przed Wszechświatem? (pomińmy tezę o braku czasu przed Wszechświatem bo to ukraca dyskusję jak panspermia w stosunku do abiogenezy; nawet jeżeli chwila Wielkiego Wybuchu była początkiem czasu, czasowym zerem absolutnym, to musiała ona nastąpić)
Jeżeli nie powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, a istniał wcześniej (np. jako bezwymiarowy punkt, osobliwość czy jakoś tak), to tym bardziej: jakim prawem, za jaką przyczyną?
Może jest wieczny (np. hipoteza Wszechświata oscylującego)? Niemożliwe, przeczy to przecież determinizmowi!
1. Nie traktuję Boga jako zapchajdziurę, nie zmienię postawy jakiekolwiek nie będą odpowiedzi, ani też zmiany postawy nie oczekuję od nikogo :). Po prostu teraz tak szturcham, bawmy się!
2. I tutaj dochodzimy w paru przypadkach do rzekomej nieskończonej pętli przyczyn (którą też stosuje się jako niszczyciela jednego z ‘dowodów’ Św. Tomasza z Akwinu). Niemniej z punktu widzenia teisty, Bóg jest „z założenia” bytem odwiecznym i bezprzyczynowym, nie jest też uległy ludzkiej logice i metodologii, w przeciwieństwie do Wszechświata. Stąd dla wierzącego nie ma problemu w zaakceptowaniu tezy, że Wszechświat ma przyczynę w Bogu (a jednocześnie np. Wielkim Wybuchu – który mimo wszystko jest tezą bazującą na wnioskowaniu redukcyjnym, za kilkaset lat może się okazać że ktoś się pomylił), a Bóg nie ma przyczyny.
Wiem, co najmniej w tym momencie się różnimy ;).
Pozdrawiam ;).
Ameba, tak mi się tutaj wymsknęło, ale no offence Guys. Nie traktujmy powyższej konstatacji jako dowód nie-wprost na istnienie Boga, tylko jako wyzwanie dla naukowców :P.
Kruca, przydałyby się wcięcia a usunęło :(.
Możecie to poprawić? Jak nie to tutaj jest odpowiednio ułożone: http://wklej.to/AdGi
Robiłem wcięcia bo nie chciałem poplątać składni.
Pozdrawiam, miłego wieczoru.
Hm, ale to czasem nie jest tak, że właśnie na poziomie fizyki kwantowej, prawa fizyki nie są deterministyczne?
A dwa, że nie widzę powodu dla założenia, że wszechświat jest w jakiś obligatoryjny sposób podległy ludzkiej logice i metodologii, vide niesławna fizyka kwantowa. Nasza logika i metodologia owszem, wysyła ludzi na Księżyc i z powrotem, ale powstała jako skutek uboczny pracy naszego mózgu którego zadaniem jest coś innego. Nie wydaje mi się, byśmy mieli podstawy sądzić, że wszechświat jest dla nas a priori poznawalny i ma obowiązek być zrozumiały.
Niestety nie da się. WordPress ma tak z automatu…
Hm, ale to czasem nie jest tak, że właśnie na poziomie fizyki kwantowej, prawa fizyki nie są deterministyczne?
Zasada nieoznaczoności Heisenberga z tego co mi wiadomo nie jest jednoznacznym potwierdzeniem indeterminizmu (tj. negacją absolutnego determinizmu). Raz na wykładzie miałem o nierówności Bella i doświadczeniu Aspecta (dot. fizyki kwantowej), które to rzeczoną nierówność złamało, ale nie za bardzo wtedy ogarniałem temat.
A dwa, że nie widzę powodu dla założenia, że wszechświat jest w jakiś obligatoryjny sposób podległy ludzkiej logice i metodologii, vide niesławna fizyka kwantowa. (…) Nie wydaje mi się, byśmy mieli podstawy sądzić, że wszechświat jest dla nas a priori poznawalny i ma obowiązek być zrozumiały.
Spoko, fajnie to słyszeć :). Ponoć Dawkins mniej był zadowolony z jednego z podobnych pytań w dyskusji z Hellerem. Tylko czy w takim razie zgodzimy się, że temat powstania Wszechświata, „pierwszej przyczyny” i tak dalej, jest na razie nierozstrzygalny na gruncie nauki, a poza nią trudno do czegokolwiek dojść bez pojęcia jakiegoś obiektu zupełnie wymykającego się ludzkiemu rozumowi?
Pozdrawiam.
PS. W sumie to na bloga chyba to może wrzucę, dawno nic nie pisałem, a dziś tak mi się wymsknęło :).
Wierzyć w Boga jest po prostu łatwiej, on jest dla wielu odpowiedzią na wszystko. On stworzył świat, człowieka itd. Być ateistą jest trudniej, należy wykazać się inteligencją by pojąć czym jest ewolucja, jak działają prawa natury i odwagą by sprzeciwić się powielaniu wzorców narzucanych przez społeczeństwo.
Myslę że dokładnie tutaj chodzi o chęć poważnego przemyslenia pewnych spraw, co równa się pewnemu wysiłkowi, ednostka jednak zazwyczaj idzie na łatwizne, szczególnie gdy porusza się w tłumie. Zdecydowanie latwiej poruszać się zgodnie z ruchem rzeszy jednostek wokół nas, niż obrac jakiś target i kierowac się wbrew regułom. Zdecydowanie łatwiej żyć w otoczeniu którego postawy akceptujesz i przyjmujesz jako swoje niż byc wolnym strzelcem…
Akurat ciężko mnie zgodzić się z tym, że w dzisiejszym świecie – zwłaszcza tzw. Zachodu – wierzący jako jednostka idzie na łatwiznę i porusza się zgodnie z ruchem tłumu, a nie wbrew regułom (nonkonformizm/antykonformizm).
?
Bardzo fajny artykuł.
Pozdrawiam;).
Z drugiej strony, jak dla mnie jasno wynika z tych odkryć to, że trudno mieć człowiekowi za złe, że wierzy. Kolejną (można by rzec, uniwersalną) skłonnością stojącą za ludzkim zachowaniem jest unikanie nieprzyjemności i poszukiwanie przyjemności a także, z innej beczki, skąpstwo poznawcze. Nasze mózgi nie ewoluowały po to, by poznawać świat prawdziwie, głęboko czy wzniośle, a tylko po to, by umożliwiać nam poznanie go w stopniu wystarczającym do skutecznego w nim przetrwania (=funkcjonowania w środowisku), w dodatku, przy najmniejszym możliwym nakładzie sił. Nasza zdolność do fanaberii w tej dziedzinie (wiedzieć wszystko, wiedzieć prawdę) to skutek uboczny.
Sądzę, że akurat racjonaliści i inni ludzie zaznajomieni z ewolucją powinni być szczególnie wyrozumiali wobec ludzkich niedoskonałości.
[...] popełniam pod wpływem – bądź co bądź bardzo ciekawego – wpisu z innego bloga: “Talent do religii” 2. Żeby usystematyzować “schemat” zadawania pytań, zastosowałem osobliwą [...]
„Wiara pomaga w życiu” – w teorii ludzie naiwni mają lepiej w życiu, ponieważ nie zastanawiają się nad tym czy komuś uwierzyć, czy nie, nie odczuwają tego, że mają gorzej w życiu, nie mają takiego poczucia. Natomiast racjonaliści zdają sobie sprawę z tego, że życie jest ciężkie i tylko przez to mają gorzej, jednak tylko teoretycznie. W praktyce są mniej ufni, dzięki czemu popełniają mniej błędów, są bardziej ostrożni. Z dwojga ludzi – jeden jest racjonalny, drugi naiwny – którzy zobaczyli Jezusa, który kazał im się zabić w imię wiary przeżyje racjonalny, bo uzna, że to halucynacja. I, oczywiście, będzie miał rację.
Ej, jak nie odczuwamy, jak odczuwamy? Zresztą po co się porównywać lepiej/gorzej, każdy w życiu ma ciężko (chyba mało jest ludzi w dzisiejszym cywilizowanym świecie, którzy potrafią się cieszyć ze wszystkiego co mają i kim są niezależnie od tego, ile mają i kim są – łatwo nam przyzwyczajać się do dobra), nikt nie mówił że będzie łatwo. Natomiast faktem jest, że mając lodówkę, łóżko, szafę na ubrania i dach nad głową jesteśmy w 1/4 najzamożniejszych ludzi na Ziemi…
Co do przytoczonej sytuacji, to również nie jest zależne od wiary moim zdaniem. Osoba wprawiona choćby przez rekolekcje ignacjańskie, albo nawet minimalnie rozgarnięta, nie posłucha tego objawionego Jezusa, niezależnie czy to halucynacja czy nie (choć tu jest imo problem dotyczący opisu zjawiska a nie tego, czy to jest tylko to czy tylko to), i taki wierzący będzie wiedzieć, że Szatan próbuje zwieść przez nakaz sprzeczny z nauczaniem Jezusa, nakłania do grzechu ciężkiego. Co innego dać się zabić za Chrystusa… Tylko tu już nie mieszałbym naiwności.
Co do tego, że wiara pomaga w życiu, może lepiej napisać, że mimo świadomości, że jestem człowiekiem słabym, spętanym przez żądze i instynkty, który siłą własnej woli nie potrafi nic w sobie zmienić, a bez Boga jestem nikim i moje życie jest tylko doraźnym zaspokajaniem potrzeb które przemijają, mam oparcie w Bogu, który jest przy mnie nawet, kiedy ja stoję do Niego plecami, i w razie potrzeby to On podaje mi pomocną dłoń, przemienia i uzdrawia moje ciało, kształtuje moją duszę i pomaga bez lęku przejść przez trudności… Po co mam na siłę iść o własnych siłach, kiedy widzę i doświadczam, że wtedy prędzej czy później wszystko runie*?
* – ‘runie’ w czasie teraźniejszym…?
Pozdrawiam, miłego wieczoru, +20 exp. pts. za cierpliwe wysłuchanie mojego „bełkotu” ;).
Może i wierzący są mniej zestresowani w czasie wykonywania zadań, ponieważ ufają Bogu. Z drugiej jednak strony, gdyby kazać wierzącemu i racjonaliście zbudować dom, ten pierwszy popełniłby więcej błędów konstrukcyjnych – przez swoją naiwność i wiarę. W ogólnym zestawieniu wydaje mi się, że jednak stres jest korzystniejszy.
To jakaś alegoria, tak? Bo co ma do rzeczy wiara i budownictwo? Nie znasz wierzących budowniczych? Jak ktoś się wyuczy fachu to się wyuczy… :?
Pozdrawiam.
Chodzi mi o to, że wnioskiem artykułu jest stwierdzenie, że wierzący są mniej zestresowani i mniej się przejmują w czasie wykonywania zadań. Na przykładzie budowy domu chciałem pokazać, że jest to cecha raczej negatywna.
Z całym szacunkiem, ale przykład wydaje mi się dość nietrafiony ze względu na to, że w procesie budowy domu, kiedy mamy do czynienia z inżynierem, wiara/niewiara ma niewiele do powiedzenia…
Pozdrawiam, miłego wieczoru.
Muszę się zgodzić z buiosu. Analogia na dłuższą metę słaba.
A tak z innej beczki: co przedstawia twój awatar, buiosu? Ciężko dostrzec wszystkie szczegóły na tak małym obrazku…
Ad z innej beczki:
http://buiosu.files.wordpress.com/2008/06/nunuwitcher.png?w=98&h=98
Geralt z Rivii – render z prac nad grą Wiedźmin;
Dark Templar – chyba jakiś fan art ze strony Starcrafta;
Takie żółte wesołe nie wiem co z jakichś gier z Bombermanem, trafiłem niechcący.
Wyprzedzając… Wiedźmin jako niegdyś moja ulubiona postać z literatury, z którą próbowałem się utożsamiać, może przez jego indywidualizm i zdystansowanie do wszystkiego (rzekomy brak uczuć), a to drugie było mi na rękę w pewnym etapie życia… Dark Templar bo to jedna z moich ulubionych jednostek i bywały chwile, kiedy i z tą kastą się utożsamiałem ;]. A stworek z Bombermana gdy moje życie zaczęło ulegać zmianie i stwierdziłem że avatar fajny ale ciut za ponury.
Żadna filozofia;).
Pozdrawiam.
Czyli wiara w Boga jest czymś naturalnym i nie jest spowodowana tym, że to rodzice nam powiedzieli. Każdy już od dziecka czuje siłę sprawczą. Niestety niektórzy wiarę odrzucają poprzez uleganie pokusom i własnej nieuzasadnionej dumie.
Nie rozumiesz o co chodzi w tekście prawda?
Tam jest opisana wiara jako wytwór ewolucji, a nie jako dowód na istnienie Boga.
Ja nie czułem siły sprawczej zanim mi nie powiedziano o Bogu. Wcześniej wydawało mi się, że człowiek po śmierci znika, a nad początkiem wszechświata się nie zastanawiałem. Dopiero rodzice, katechetka i księża tak mi namącili w głowie, że poczułem iż czuwa nade mną Bóg.
A potem zacząłem logicznie myśleć i powróciłem do swojego dawnego, ateistycznego myślenia.
„Ja nie czułem siły sprawczej zanim mi nie powiedziano o Bogu.”
Nie mogłeś nie czuć siły sprawczej.
Tylko przedmioty martwe lub nie posiadające duszy nie czują obecności Boga.
Każdy człowiek czuje tą siłę, nawet ateista. Czasem może sobie tego nie uświadamiasz ale tak jest.
Patrząc jednak na twój avatar i nick mam wrażenie, że należysz do jakiejś sekty.
Sekty powodują, że człowiek traci duchową więź z Bogiem i wykonuje bezmyślnie polecenia diabła, co może spowodować, że właśnie nie czujesz Boga, który nad tobą wciąż czuwa.
Nie mogłeś nie czuć siły sprawczej. Tylko przedmioty martwe lub nie posiadające duszy nie czują obecności Boga.
Czy mógłbyś podać jakiś dowód na poparcie swojej tezy? W przeciwnym wypadku popełnisz błąd merytoryczny – argumentum ad hominem.
A patrząc na twój nick mam wrażenie, że piszę z chomikiem.
ja tam odstąpiłem od kościoła bo stwierdziłem że mi ” z mózgu wodę robią ” i zabijają resztki inwidualizmu teraz w końcu się przebudziłem i jak patrzę na takiego grzebiącego w trocinach to widzę osobę nie potrafiąca patrzeć na świat krytycznie , jeśli racjonalne myślenie wg. kościoła jest pokusą to ja dziękuje takiej instytucji aż mi się miło wspomina tych zombie co wymawiają paciorki i cieszę się że nie jestem jednym z nich