Kartka z pamiętnika…mniej formalnie ale nadal mało śmiesznie [Nabór, Antyiskra, #2]
Kartka z pamiętnika
Wczesna wiosna, a może spóźniona, szaro – brunatna zima taplająca się już tylko w rynsztokach… Jedna z sześciu pór roku charakterystycznych dla naszej szerokości geograficznej – przedwiośnie; połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w małym miasteczku na Kaszubach; pomiędzy pierwszą komunią a pierwszą miłością, stałem przed wejściem do kościoła, odziany w uniform ministranta, na prętce uszyty z obrusu, zasłony, lub innego prawie – białego materiału. Czy widzieliście kiedyś takie ministranckie topy??? Podziurawione okrągłymi przestrzeniami, niczym pończochy kabaretki, a la Liza Minnelli, dodawały pikanterii nie jednej nudnej ceremonii. Teraz, gdy o tym myślę, zastanawiam się, czy księża akceptowali te mało gustowne szaty, ku zaspokojeniu swojej wrodzonej wyobraźni (patrz urojony przyjaciel), czy ze względu na nienazwany do tej pory fetysz…
Był to mój pierwszy dzień w nowej roli i nawet śmieszne nazwiska moich rówieśników, przeważnie oznaczające w mowie slangowej i potocznej różnorodne narządy rozrodcze, nie mogły oderwać mojej uwagi od wielkiego, odlanego z brązu, napisu – Memento Mori – Pamiętaj o Śmierci. Pamiętam, że jedyne o czym wtedy myślałem to nowa, szeroko – rozreklamowana zabawka na rynku, nie pokonany G.I. Joe, i o tym, jak świetnie ta fraza brzmiała by w jego plastykowych ustach, w chwili, gdy posyła innego plastykowego żołnierza do plastykowego piekła!!!
Moje marzenia związane z archetypicznym, aczkolwiek zabawkowym bohaterem, zostały brutalnie przerwane, przez stereofoniczny głos diakona. Cudem przetrwałem zabójczy, dla co po niektórych, atak ziewania wywołany monotonnym, schematycznym dźwiękiem. 1:0. Pierwsze instrukcje i rozkazy nie wywołały we mnie tylu emocji, co lekceważący i sarkastyczny wyraz twarzy sługi bożego…Co mogło być powodem nagłych skurczów mięśni twarzy? Z kąd wylewały się te rzeki potu? A ten wyraz zakłopotania? Te i inne pytania, niczym stado szarańczy, pustoszyły moją koncentrację. Tego było już za wiele! Wstałem i wypaliłem pytaniem, oczekując najbardziej przerażającej nowiny – ataku zombie, molestowania, albo pandemii nieokreślonego ateistycznego wirusa:
- Co stało się z poprzednim naborem?
- Hmmm, jak to ująć? A więc, drogie dzieci, zdarza się, że ministranci przystępują do posługi przed kolędą … no a potem odchodzą.
Moja kapitalistyczna ignorancja, objawiła się w następnym, wydawałoby się nieodzownym pytaniu:
- Ale dlaczego??
- …
Pytanie nie doczekało się swojej przyjaciółki – odpowiedzi.
Kilka dni później, jednak, zagadka została rozwiązana. Prawda okazała się bardziej prozaiczna i zdecydowanie mniej krwawa… Mój kolega zajechał do szkoły nowiutkim rowerem górskim, pomimo, że na komunię otrzymał zegarek. Trzeba wiedzieć, że w tamtych odległych i ponurych, szczególnie dla polskiego przemysłu fonograficznego, czasach, aby dostać rower górski, trzeba było przyjąć Chrystusa – tradycyjna praktyka przekonywująco – przekupująca, lub uratować z pożaru, nie tylko swoją rodzinę, ale także sąsiadów i ich psa… „Coś tu śmierdzi” – wydedukowałem. Komunie mieliśmy niecały rok temu, a żadnego cudownego ratunku w ostatnim czasie nie odnotowałem. Jak się okazało, mój przezorny i, co tu dużo mówić, przedsiębiorczy kolega złożył przyrzeczenia ministranckie tuż przed kolędą, zarobił masę kasy, a niedługo po niej zrezygnował i za zarobione pieniądze kupił sobie wymarzony jednoślad. Była to szeroko stosowana praktyka i chyba tylko ja nic o niej nie wiedziałem. Okazałem się nieudacznikiem i jak – zwykle – spóźnionym gówniarzem. Świat ze mnie zadrwił, a Jezus pokazywał wielkie L przyklejone do czoła…
W ten oto sposób utraciłem wiarę. Zresztą, przyczynił się do tego również mój narcyzm, który objawił się po raz pierwszy na mszy świętej, kiedy to nie mogłem zrozumieć dlaczego Jezus i jego sługus są w centrum uwagi, a nie ja…Krótko po tych wydarzeniach ustąpiłem z funkcji, ku wielkiemu niezadowoleniu i rozgoryczeniu damskiej części mojej rodziny.
Morałem tej opowieści jest fakt, iż pomimo nieuleczalnego nieudacznictwa – jadąc pośpiechem relacji Gdańsk – Toruń, zawsze ląduje w przejściu koło wucetu – oraz, faktu, że jestem bezrobotny, to przynajmniej, zafascynowany plastykowymi żołnierzykami, których w rezultacie sobie nie kupiłem, nie zostałem żołnierzem i nie poległem na pierwszym lepszym patrolu. Dzięki Bogu!!!
P.S. Czy ktoś posiada wersję Worda dla ateistów/niewierzących ultrasów bez autokorekty przy słowach: Jezus i Chrystus???
25 Styczeń 2010 @ 8:18
A to nieźle u was było ministrantom, skoro „koty” mogły zarobić podczas kolędy na rower. U najlepsze tereny brali najstarsi, na dodatek ksiądz brał połowę uzbieranych pieniędzy.
„Jezus” i „Chrystus” to nazwy własne i jeżeli chcesz pisać poprawnie po polsku, to powinieneś pisać je wielką literą. Nie ma to nic wspólnego z szacunkiem dla konkretnej osoby.
Nie masz co prawda wersji Worda dla ateistów, ale i tak Twój Word ma fajne funkcje. Na przykład nie poprawia tego:
„na prętce” a cóż to jest prętka? NAPRĘDCE
„z kąd” SKĄD
25 Styczeń 2010 @ 10:57
O tym samym chciałem napisać. Drogi Antyiskro: jeżeli ten zapis wspomnianych słów nie pobudza cię do refleksji, a nawet zastanawiasz się, dlaczego nie możesz napisać słów „Jezus” i „Chrystus” z małej litery, to zastanawiającą sprawą wydaje się być twoja znajomość ortografii…
Poza tym zauważyłem, że zaczynasz traktować tę stronę jak swojego bloga. Moim zdaniem ten wpis jakoś niezbyt pasuje do formuły bloga określonego podtytułem „Ateizm na wesoło”. Niemniej jednak podoba mi się twój styl, który przywodzi mi na myśl dobrze skomponowany felieton.
No cóż – zobaczymy jak ci pójdzie za trzecim podejściem.
25 Styczeń 2010 @ 9:39
Z tekstu wynika, że nie odszedłeś od wiary, tylko od instytucji, kierowany materializmem, zazdrością i pychą. Widać nie odpowiadała Ci rola stojącego w szeregu, lubisz być „gwiazdą”.
Jak życie ustawi Cię w jakimś zwykłym szeregu, to zawsze będziesz się buntował i szukał antagonistycznych alternatyw?
A Kaszubi? znani są ze zdewociałego podejścia do kościoła. Żyją według własnych zasad, niekoniecznie zgodnych z dekalogiem, a konfesjonał wybawia Ich z poczucia winy.
Nie warto za bardzo skupiać się na sobie i własnych odczuciach. Ważniejsze są odczucia jakie wywołujemy własną osobą i własnymi działaniami na innych.
Jasne, poczucie własnej wartości jest ważne, ale nie należy tego przewartościowywać. Opływanie we własnych samookreśleniach jest raczej próżne.
Tekst sympatyczny, ale uważam że warto byłoby się skusić o skracanie zdań, bo są nieco przydługie i dla przypadkowego czytelnika trochę zagmatwane.
25 Styczeń 2010 @ 14:29
Próżny jestem. Na całe szczęście piekła nie ma.
Przepraszam za błędy.
Królem ortografii nie jestem.
Wolę autorskie.
Nie lubię szperać.
Poszedłem na łatwiznę.
Uprzedzam pytanie. Nie obrażam się.
Stosuje się do wytycznych.
P.S. Autokorekta to nawiązanie do poprzedniej dyskusji.
25 Styczeń 2010 @ 15:43
cyt.:”Morałem tej opowieści jest fakt, iż pomimo nieuleczalnego nieudacznictwa – jadąc pośpiechem relacji Gdańsk – Toruń, zawsze ląduje w przejściu koło wucetu – oraz, faktu, że jestem bezrobotny, to przynajmniej, zafascynowany plastykowymi żołnierzykami, których w rezultacie sobie nie kupiłem, nie zostałem żołnierzem i nie poległem na pierwszym lepszym patrolu.”
Mówiąc o skróceniu zagmatwanych zdań, miałem na myśli np. morał. Przeczytaj go jeszcze raz, może ponownie zredaguj.
To, że morały powinny być zaskakujące i powinny intrygować czytającego, to nie znaczy, że można wrzucać do nich „słowotoki” i silić się na oryginalność.
To nie wytykanie, ale skłonienie Ciebie do wyważonej rzeczowości w pisanym tekście.
25 Styczeń 2010 @ 17:12
oczywiscie, zgadzam sie z toba w stu procentach…niestety słowotoki mi sie zdarzaja.czy bede z nimi walczyc?nie.szczerze mowiac,bardzo je lubie.jesli chodzi o ‘silenie sie na oryginalnosc’.coz, planeta malp z charltonem hestonem byla oryginalna.to jest zwykly tekscik – najwyrazniej mizerny.jesli chodzi o inne zarzuty, to glownym zadaniem tego bloga jest zabawa i smiech,tak mi sie przynajmniej wydaje(wydedukowalem to z nazwy-ateizm na wesolo).dlatego tez zamiescilem tekst,ktory pomimo ze jest malo zabawny,to jednak pierwiastek,jesli nie pojedynczy atom, humoru posiada.nie lubie szperac w internecie i przegladac mase witryn w poszukiwaniu absurdow i niuansow.lubie za to,kiedy siegam po gazete lub czasopismo,poczytac felieton,ktory przedstawia zupelnie subiektywny punkt widzenia.ta proba moze i jest slaba ale przynajmnije moge sie z nia w pelni utozsamic.
nie przywiazywal bym tez wiekszej wagi do narcystycznej strony tego teksciku.posluguje sie tym terminem celowo, aby rozwscieczyc konserwatywnych wyznawcow skromnosci adama malysza.niestety nasza narodowa,a globalnie katolicko-kulturowa norma(dyrektywa?) nakazuje nam zycie w skromnosci i, jak dla mnie, nijakosci.zreszta, do pewnosci siebie, wykazanej w opowiadaniu, bardzo mi daleko – jestem tak samo uwiklany w kulture i tradycje,jak i reszta z nas…kazda kultura operuje zestawem archetypicznych cech i norm..czym jest wiec owe przeciwstawienie religii(U-BÓSTW-IENIE) od ubóstwienia samego siebie?jest wyrazem walki z zastanymi normami,ktore w duzej mierze sa uksztaltowane przez historyczna i permamentna chrystianizacje…
25 Styczeń 2010 @ 18:16
Podoba mi się sposób, w jaki dyskutujesz.
Przyjemniej odbieram czytając Twoje wpisy w komentarzach, niż teksty felietonów.
Może następny tekst stwórz, jako „protestsong” dyskutując z samym sobą.
…Myślę, że byłby ciekawy.
25 Styczeń 2010 @ 18:24
hehehe… robie to codziennie,niektorzy nazywaja to schizofrenia ale co oni tam wiedza o mnie i o mnie…
25 Styczeń 2010 @ 22:08
A mnie się ministrantura kojarzy przyjemnie
Na wiejskiej parafii w czasie kolędy mogłem nazbierać co najwyżej 100 zł, ale prawie wszyscy koledzy byli ministrantami, więc chciałem być i ja. Była to forma spędzania z kolegami wolnego czasu w zapyziałej dziurze. Za kościołem zapaliłem pierwszego papierosa, wypiłem pierwsze piwo i pierwszy raz się całowałem…
Podobało mi się to, że grałem ważną rolę w tym całym spektaklu, coś w rodzaju: Pan Bóg=>ksiądz=>ja (i inni ministranci)=>reszta ludzi w kościele. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że msza i kościół tudzież sam Bóg są pozbawione treści i sensu.
Na prośbę (czyt. polecenie) rodziców poszedłem do bierzmowania i po tym rzuciłem „białą sukienkę”…
26 Styczeń 2010 @ 8:07
„Za kościołem zapaliłem pierwszego papierosa, wypiłem pierwsze piwo i pierwszy raz się całowałem”
To wszystko z kolegami ministrantami? ;)
1 Luty 2010 @ 13:05
[...] Kartka z pamiętnika…mniej formalnie ale nadal mało śmiesznie [...]